Alina i Bohdan  RADKOWSCY

Szanowni Państwo

Oddajemy do Państwa rąk i oczu stronę poświęconą Alinie i Bohdanowi RADKOWSKIM,

dwojgu prawym i dzielnym ludziom, którzy pozostawili w naszych życiorysach swój

niezapomniany i trudny do oszacowania ślad. Jesteśmy grupą byłych harcerzy i

instruktorów Szczepu Rodło 88 Warszawskich Drużyn Harcerskich i Gromad Zuchowych

działającego przy Szkole Podstawowej nr 12 im Powstańców Śląskich w Warszawie.

Wystąpiliśmy z inicjatywą odsłonięcia tablicy pamiątkowej Im poświęconej na terenie

Dwunastki, a wspierają nas w tym różne środowiska harcerskie i szkolne. Będziemy 

wdzięczni za wszelką pomoc w postaci wspomnień, propozycji i inicjatyw, abyśmy mogli 

doprowadzić nasz projekt do szczęśliwego zakończenia.

Odnajdziecie Państwo na naszej stronie Ich życiorysy, zdjęcia i artykuły.

Miłej lektury

Z przyjemnością  obserwowaliśmy zainteresowanie wystawą poświęconą Państwu Radkowskim, która od 1 września pojawiła się na ogrodzeniu Szkoły      nr 12 od strony ulicy Jazdów, bardzo dziękujemy. Obecne warunki pogodowe spowodowały, że możecie Państwo obejrzeć ją w wirtualnym świecie : https://www.facebook.com/205124253025869/posts/1374574206080862/?extid=iFFKw78nPGhRnlK9&d=n                                  

ŻYCIORYSY

ARTYKUŁY

WSPOMNIENIA

KONTAKT

ARTYKUŁY

FILMY

Zapraszamy do obejrzenia filmu, który powstał w ramach przygotowań do 40 rocznicy powstania Szczepu z udziałem dh dh Radkowskich

A tutaj odnajdziecie Państwo film z obchodów 50 lecia naszego Szczepu już niestety bez udziału Szefostwa

GALERIA

Szanowni Państwo – z powodów technicznych musimy ograniczyć naszą galerię pozostawiając kilka zdjęć, najbardziej charakterystycznych. Resztę obejrzycie Państwo na stronie Archiwum Szczepu https://osa.archiwa.org/archiwa/PL_2131 stworzonego wysiłkiem dh Pawła Zawadzkiego przy pomocy kilku Dinozaurów, a przed wszystkim dh Waldemara Rybitwy.

OFICJALNE WYSTĄPIENIA

W tej sekcji pragniemy zamieszczać pisma skierowane do wszelkich instancji decyzyjnych z prośbą o wyrażenie zgody na zrealizowanie naszej inicjatywy.

 

Z olbrzymią radością chcielibyśmy poinformować, że Dyrekcja Szkoły Podstawowej nr 12 im. Powstańców Śląskich wyraziła zgodę na umieszczenie tablicy pamiątkowej poświęconej Państwu Radkowskim ! o szczegółach będziemy informować na bieżąco

wystąpienie ws tablicy pamiątkowej 18 11 2019

ŻYCIORYSY

Harcmistrz Elżbieta Alina Radkowska z d. Platowska

Urodziłam się 4 lipca 1923 r. we Lwowie jako córka Kazimierza Platowskiego i Zofii z d. Rossowskiej. Ojciec mój był wicedyrektorem Oddziału Banku Gospodarstwa Krajowego we Lwowie. W 1929 r. rozpoczęłam naukę w prywatnej szkole powszechnej p.p. Makowskiej i Flilskiej we Lwowie, a skończyłam w 1936 r. w szkole im. Z. Wołowskiej w Warszawie. W tej samej szkole, w czerwcu 1939 r. skończyłam trzecią klasę gimnazjum ogólnokształcącego. Szkoła została zamknięta przez władze okupacyjne w październiku 1939 r., kontynuowałam więc naukę na tajnych kompletach i w 1942 r. zdałam maturę typu humanistycznego.
Od października 1942 r. rozpoczęłam konspiracyjne studia na Pedagogium Ziem Zachodnich, które ukończyłam w lipcu 1943 r., po czym w dalszym ciągu studiowałam polonistykę na Uniwersytecie Ziem Zachodnich.
Jednocześnie od lutego 1943 r. działałam w harcerstwie. Odbyłam kurs sanitarny z praktyką w ambulatorium chirurgicznym Szpitala Dzieciątka Jezus (listopad 1943 r. – kwiecień 1944 r.). Otrzymałam przydział do W.S.K., złożyłam przysięgę AK w czerwcu 1944 r. na ręce dr. Joanny. W Powstaniu otrzymałam przydział do Samodzielnego Harcerskiego Punktu Sanitarnego na ul. Kredytowej 1 podległego dr Joannie w Dowództwie Sanitarnym na pl. Dąbrowskiego 2/4. Komendantką Punktu była Hanna Loth-Wróblewska z 6 WŻDH, zastępczynią Irena Zawadzka, urzędniczka Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Po ataku czołgów na barykadę w poprzek ul. Mazowieckiej Punkt przestał istnieć. Zginęły Komendantka i jej zastępczyni. Dalszy przydział uzyskałam do szpitala NOW przy ul. Wareckiej. Po spaleniu szpitala w początkach września i ewakuacji dowództwa sanitarnego do Śródmieścia Płd. otrzymałam przydział do plut. por. „Wysockiego” (por. „Wysocki” to mój brat – Janusz Platowski) – al. Jerozolimskie między ul. Bracką i ul. Kruczą, baon „Bełt”. Po kapitulacji wyszłam z plutonem do niewoli. Znalazłam się w obozie przejściowym w Ożarowie. Następnie wywieziona zostałam do obozu jenieckiego Lamsdorf, gdzie zachorowałam na szkarlatynę, zostałam więc przewieziona do szpitala jenieckiego w Zeithain n/ Elbą (2.XI.1944) – tam przebywałam do 15 maja 1945 r. Do Polski powróciłam transportem zorganizowanym przez Szpital. Podjęłam studia na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Filologicznym (polonistyka i anglistyka). Studia ukończyłam w 1952 r. W tym czasie (w latach 1946–1948) byłam nauczycielką języka angielskiego w Liceum Pedagogicznym im. Elizy Orzeszkowej. W latach 1949–1952 byłam również uczennicą Państwowej Szkoły Muzycznej Nr 1 w Warszawie w klasie fortepianu.28 kwietnia 1951 roku wyszłam za mąż. Urodziłam troje dzieci. W okresie wychowywania maluchów przyjęłam prace zlecone w Instytucie Badań Literackich i Centralnym Instytucie Informacji Naukowo-Technicznej. Zaowocowało to wydaniem przez Ossolinem opracowanej przeze mnie bibliografii pisma „Na ziemi naszej”. We wrześniu 1963 r. rozpoczęłam pracę nauczycielki w Szkole Podstawowej Nr 12 w Warszawie. Najpierw jako nauczycielka nauczania początkowego, a potem polonistka w klasach starszych. Prowadziłam swoje klasy od początku nauki (od klasy pierwszej) do ukończenia szkoły.
Wprowadziłam w swoich klasach eksperymentalną metodę nauczania w oparciu o doświadczenia Aleksandra Kamińskiego. Zamiast stawiania ocen, dzieci zdobywały „znaczki” poszczególnych tematów, na które podzielony był cały program nauczania. Również zamiast ocen ze sprawowania w dzienniczkach wklejane były znaczki od „słoneczek”, po „chmurki” . Metoda znalazła uznanie uczniów, rodziców, kierownictwa szkoły i kuratorium, ale nie znalazła naśladowczyń (zbyt pracochłonna). Moi dawni uczniowie do dziś przechowują swoje dzienniczki ze znaczkami. W „dwunastce” pracowałam do przejścia na emeryturę, to jest do 1986 r. Jestem członkinią Światowego Związku Żołnierzy AK.
Posiadam odznaczenia : Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Brązowy Krzyż Zasługi, Krzyż AK, Krzyż Powstania Warszawskiego, Krzyż Partyzancki, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Krzyż za Zasługi dla ZHP z mieczami, Order Uśmiechu. Do harcerstwa wstąpiłam w 1930 r. do drużyny przy szkole p.p. Makowieckiej i Filskiej we Lwowie. Byłam tam około roku. Mój ojciec był przenoszony służbowo do Krakowa, znów do Lwowa, potem do Warszawy (w 1935 r.), więc i rodzina była zmuszona się przeprowadzać, a ponieważ ja w tym czasie byłam chorowita (wożona na wózku), więc nie miałam szans na chodzenie na zbiórki, wycieczki. Dopiero w lutym 1943 r. za namową druhny J. Wróblewskiej „Dygny” – założyłam drużynę harcerek „Słoneczną” (ZHP Hufiec Śródmieście). Dziewczęta rekrutowały się ze Szkoły Handlowej przy ulicy Marszałkowskiej. W ramach szkolenia przeszłyśmy kurs sanitarny (patrz mój życiorys). Do Powstania poszły ze mną cztery dziewczyny z mojej drużyny i utworzyłyśmy Samodzielny Harcerski Punkt Sanitarny (patrz życiorys). Po powrocie z obozu jenieckiego, razem z byłymi funkcyjnymi mojej konspiracyjnej drużyny reaktywowałyśmy 29 WŻDH w szkole przy ulicy Smolnej. W 1946 r. zostałam mianowana hufcową Hufca Praga, a po jego podziale – hufcową Hufca Praga Południe. W roku 1946 otrzymałam stopień podharcmistrzyni. W 1948 r. w związku ze zmianami w ZHP wystąpiłam ze Związku. Po Zjeździe łódzkim – w 1957 r. zorganizowałam i prowadziłam 42 WŻDH. W 1959 roku uzyskałam stopień harcmistrzyni. Drużynę prowadziłam do 1959 r., kiedy nastąpiły kolejne zmiany w ZHP – zmiany Prawa i Przyrzeczenia. Do pracy harcerskiej powróciłam w 1967 r., kiedy mój mąż zorganizował w „dwunastce” (Szkoła Podstawowa nr 12 w Warszawie) Szczep „Rodło” 88 WDHiZ. Obowiązujące w Szczepie – obok Prawa Harcerskiego – „5 Prawd Polaka” (Związku Polaków w Niemczech), pozwoliły realizować zasadę Służby Bogu i Polsce. Pełniłam funkcję członka Komendy Szczepu, na obozach i zimowiskach funkcję komendantki podobozów żeńskich. Wycofałam się z pracy po przejściu na emeryturę, tj. w 1986 r.

Druhna Alina Radkowska jest w zespole „Wędrowniczek po Zachodnim Stoku”. Z oficjalnej pracy w harcerstwie wycofała się, ale w naszym zespole działała przez długie lata. Brała czynny udział we wszystkich pracach, jakie przez nas zostały podjęte. Przez szereg lat hm. Alina prowadziła również naszą kasę zapomogowo-pożyczkową. Pracę tę wykonywała bardzo skrupulatnie. Ona zbierała składki, ona prowadziła dokładny rejestr wpływów i wydatków. Dopiero przez ostatnie trzy lata, ze względu na stan zdrowia, wycofała się z prac, ale nawet przy chodziku stara się być wraz z mężem na zebraniach i rekolekcjach.
                                                         Opracowała hm. Irena Bieńkowska, 11.2009

Harcmistrz Bohdan Radkowski

Urodzony 8.05.1923 w Krakowie, zmarł  5.01.2015 w Warszawie) – reżyser, instruktor harcerski, harcmistrz. Kawaler Orderu Uśmiechu. Założyciel (wraz z żoną Aliną) i wieloletni (1967–1984) komendant Szczepu 88 Warszawskich Drużyn Harcerskich i Zuchowych „Rodło” przy Szkole Podstawowej nr 12 im. Powstańców Śląskich w Warszawie.

Do harcerstwa wstąpił w wieku 10 lat, w 1938 złożył Przyrzeczenie Harcerskie. Uczestnik kampanii wrześniowej, razem z drużyną harcerską z Krakowa, w której był przybocznym. W czasie okupacji prowadził w Krakowie drużynę konspiracyjną, a następnie działał w partyzantce na Podhalu. Kontynuował walkę w oddziałach „Szczerbiec” i „Pogrom” już po zakończeniu wojny, potem prowadził w Krakowie kolejną drużynę i krąg instruktorski. Aresztowany w 1947 roku został skazany na 6 lat więzienia. Więziony w ciężkim więzieniu w Rawiczu został zwolniony w 1951.

Po wyjściu z więzienia podjął pracę w Teatrze „Baj” w Warszawie kierowanym przez Jerzego Dargiela. W 1956 przeszedł do nowo powstającej telewizji polskiej. Reżyserował wiele spektakli, głównie lalkowych, w teatrach i telewizji, a także cykliczne audycje telewizyjne dla dzieci: „Miś z okienka”, „Pora na Telesfora”, „Piątek z Pankracym” (później „Okienko Pankracego”). Współtworzył telewizyjne „Kluby Pancernych” i kluby „Niewidzialnej Ręki”. Autor m.in. sztuki „Gore gwiazda” (1990, Śląski Teatr Lalki i Aktora „Ateneum”, Katowice), reżyser „Szopki Krakowskiej” według scenariusza Tadeusza i Stanisława Estreicherów (1979 i 1997, Teatr „Lalka”, Warszawa, premiery także w innych polskich teatrach). „Szopka” (w wersji z 1997) w Teatrze Lalka wystawiana jest co roku w sezonie świątecznym i cieszy się od lat niesłabnącym zainteresowaniem.

Instruktor Związku Harcerstwa Polskiego i Stowarzyszenia Harcerskiego (od 1996). Wychowawca wielu pokoleń zuchów, harcerek i harcerzy, niekwestionowany Autorytet i Wódz.

(na podstawie m. in. Wikipedii)

WSPOMNIENIA

Druhna Alina Radkowska na poważnie - wspomnienie dh Justyny Pytkowskiej, dzisiaj finansistki

Lekcje z panią Radkowską były dla mnie bezstresowe. Były jasne zasady, co można robić czego nie podczas lekcji. Było przywoływanie do porządku, ale nie było straszenia, czy kar.

Pierwsza lekcja rano zaczynała się od śpiewania piosenki na stojąco – 3 razy zwrotkę: “Ósma już godzina, lekcja się zaczyna, sza, sza, sza, cisza już.”

Rozwrzeszczane dzieci wyciszały się i jak po piosence siadaliśmy w ławkach, to wszyscy byli skupieni na lekcji.

W pierwszych klasach nie było ocen tylko zaliczenia tematów. Oceny były wystawiane na półrocze i koniec roku, ale nie było ocen z klasówek, kartkówek, czy sprawdzianów.

Za zaliczony temat dostawało się znaczek w dzienniczku. W zależności od tego na ile zaliczyło się znaczek, to dostawało się cały, pół, lub ćwierć znaczka. Można też było poprosić o dodatkowe pytania/zadania w ramach tematu i dostać za to złotą ramkę do znaczka.

Nie wiem, czy to dotyczyło wszystkich tematów, ale niektóre trzeba było zaliczyć obowiązkowo. Np. tabliczkę mnożenia musiał zaliczyć każdy. Ponieważ na lekcji nie było na to czasu, to zaliczało się tabliczkę mnożenia na przerwie (a przynajmniej niektórzy uczniowie). Pamiętam takie zaliczenie na przerwie, pod pokojem nauczycielskim usiadłam z panią Radkowską, żeby zaliczyć tabliczkę. Pani Radkowska wyjęła karty, na których były napisane równani, np. 6×8 i trzeba było powiedzieć jaki jest wynik. Nie pamiętam ile poprawnych wyników było potrzebne do zaliczenia, ale pamiętam, że pierwszy taki test oblałam. Koniec końców, zaliczałam tabliczkę mnożenia na wycieczce szkolnej. Nie było taryfy ulgowej, trzeba było zaliczyć.

Przy niektórych tematach mieliśmy zajęcia ręczne. Np. na lekcji o średniowieczu budowaliśmy gród piastowski z plasteliny i kartonu. Były wały i wieża obronna. Do domu też były zadane prace ręczne. Ja zrobiłam maczugę – patyk z nabitymi gwoździami.

Również z wierszami na pamięć nie było taryfy ulgowej. Każdy musiał zaliczyć. Kto się wstydził recytować przed całą klasą mógł wyrecytować pani Radkowskiej do ucha w czasie przerwy.

Pani Radkowska sprawdzała wszystkie zeszyty do polskiego i zaznaczała błędy. Później dostawaliśmy błędnie napisane słowa na osobnych kartkach i trzeba było przepisać 10 razy do dołu kartki. Jak ktoś zgubił taką kartkę, to dostawał następną. Nie dało się z tego wywinąć. Tak nauczyłam się poprawnie pisać słowa ‘firmament’ i ‘rybołówstwo’.

Wycieczki szkolne miały cel edukacyjny, i żeby coś zostało w głowach, to mieliśmy robić notatki, a po powrocie przygotowywaliśmy książeczki z wycieczki. Niestety, żadna książeczka z wycieczki nie zachowała mi się. Opisywaliśmy w nich co widzieliśmy, jakie zabytki i kilka słów o nich. Była to dobra metoda na zmotywowanie uczniów do słuchania przewodnika. Do dziś pamiętam czym charakteryzuje sie styl romański w architekturze. Mieliśmy wycieczki do: Opola i Chorzowa, Czerska, Czerwińska, Płocka, Łącka, oraz do Gniezna.

Były też tak zwane opowiadania miesięczne. Raz w miesiącu jedna lekcja poświęcona była jakiejś historii o powstaniach śląskich, albo o innych bohaterach wojennych. Pamiętam opowiadanie o wieży spadochronowej. Lekcja rozpoczynała się od tego, że pani Radkowska opowiadała nam (lub czytała) daną historię. Skrót tej historii wcześniej napisała na tablicy kredą i w drugiej części lekcji przepisywaliśmy ją do zeszytów, żeby się utrwaliło.

Jako jedyna klasa w szkole mieliśmy dużo lekcji o powstaniach śląskich. Uczyliśmy się też piosenek śląskich i tańców. Tańce przedstawialiśmy w czasie akademii na sali gimnastycznej. Byliśmy ubrani w śląskie stroje ludowe.

W pierwszej klasie pani Radkowska prowadziła zajęcia pozalekcyjne – naukę gry na cymbałkach – dla dzieci ze słuchem muzycznym. Ja się nie zakwalifikowałam na te zajęcia, bo nie miałam słuchu, ale bardzo zazdrościłam mojej przyjaciółce z ławki, że ona chodzi. Moja mam poprosiła o przyjęcie mnie do grupy i zostałam przyjęta. Dzięki temu wyrobił mi sie słuch i później śpiewałam w chórze.

W czasach kiedy chodziłam do podstawówki, kary cielesne nie były czymś wyjątkowym, np. ciągnięcie ucznia z uszy aż do krwi, bicie linijką po rękach. Pani Radkowska nigdy nawet nie krzyczała na nieswornych uczniów, nikogo nie gnębiła psychicznie i oczywiście nie stosowała żadnych form fizycznych. Zawsze potrafiła nad nami zapanować w sposób łagodny, choć stanowczy. Jednocześnie była dla nas ciepła i życzliwa. Czuło się, że każdego akceptowała takim jakim był, a starała się żebyśmy mogli poprawiać swoje słabsze strony.

 

OBŻARSTWO u JASKÓŁEK (tym razem niespodzianka, karta z kroniki autorstwa samego Szefostwa - może jakaś Jaskółka się odezwie i sprecyzuje datę tego zacnego wydarzenia)

PAŃSTWO RADKOWSCY ( poprosiliśmy o wspomnienie pana Władysława Lacha, Tatę trojga naszych harcerzy ; udostępnił nam list, który przetransponowaliśmy poniżej)

Władysław LACH                                                                                                                                                                               Warszawa, 22 czerwca 2020

Druhny i Druhowie,

Moje kontakty emocjonalne z harcerstwem zaczęły się w wakacje 1945 lub 1946 roku, kiedy z kolegami poszliśmy wieczorem w pobliże ogniska harcerskiego z Tarnowa nad jeziorem Rożnowskim na Dunajcu, żeby popatrzeć i posłuchać.

Pamiętam do dzisiaj opowieści harcerzy powracających  „ z mroku „ do ogniska po próbach „ milczka” i pamiętam śpiewy piosenek melodyjnych, smutnych i budujących : „Szumi dokoła las..”, ”Płonie ognisko…”,”Nie damy popradowej fali…” i ta modlitwa na dobranoc. Miałem wtedy 11 lat. Życie kazało mi szukać zawodu i pracy. Ponownie spotkałem się z harcerstwem w szkole moich dzieci kiedy one osiągnęły moje wesołe lata 11-te.

Miło mi, że po kilkudziesięciu latach zostałem poproszony o informacje wspomnieniowe z życia drużyn zuchowych i harcerskich w Szkole Podstawowej nr 12 przy ul. Górnośląskiej w Warszawie. Moje kontakty z drużynami, a raczej z prowadzącymi je państwem Aliną i Bohdanem Radkowskimi były bardzo rzadkie i ograniczały się do doraźnych spraw przed obozowych oraz odwiedzin obozów w dniach otwartych.

Miałem okazję odwiedzać obozy zuchowe i harcerskie Szkoły 12 w wielu ciekawych rejonach kraju i miejscach w latach 1974 – 91. Były to obozowiska: Józefów w Puszczy Solskiej, Tokarnia za Myślenicami, Skrudzina za Starym Sączem Pokój w okolicach Brzegu nad Odrą, Smołdzino / Kluki w Słowińskim Parku Narodowym, Osiek/Ocypel w Borach Tucholskich, Giby (operacja NKWD przeciw AK) w Puszczy Augustowskiej, Siedle w Zielonogórskim – Babimojszczyzna, Mazury nad jeziorami Sterławki – Dejguny, Rzuchów koło Sierpca oraz Płońska nad Narwią.

Prawie każde odwiedziny były dla nas, z żoną, bardzo miłym wspomnieniem młodych lat, w lesie, w atmosferze zabawy z młodzieżą. Oczywiście najmilsze były wieczory przy ognisku z gawędami „ komendantury” to jest pp. Radkowskich i Anny Mieczyńskiej.

Myślę, że lata prowadzenia drużyn młodzieżowych w Szkole 12 były dla państwa Radkowskich małą rekompensatą za krzywdy doznane w latach 1949 – 50 po rozwiązaniu harcerstwa. Pan Radkowski był skazany za działalność polityczną.

Dobrze jest, że dzisiaj możemy głośno wyrazić Im chwałę za czas poświęcony sprawie Harcerstwa.

Szkoda, że obydwoje, pani Alina i pan Bohdan Radkowscy tak szybko odeszli – oby jak najdłużej pozostali w naszej pamięci. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie.

Władysław Lach

RADKOWSCY, RAKIETY i TYTUS DE ZOO (Anna Lach, pwd - dzisiaj dziennikarz, projektantka wnętrz)

Jak pamiętam Radkowskich? Przez kilka dni musiałam się dobrze zastanowić. Pamięć to ciekawa rzecz, podsuwa fragmenty, sceny, migawki. Jak tę z Komendantem zaglądającym do kuchni, czy dobrze się pali pod wczoraj ulepioną kuchnią (dobrze się paliło). Skrzypiący śnieg i przyrzeczenie harcerskie przy ognisku, na zimowisku w 1976 r.  Obrazek druhny Komendantki uśmiechającej się, gdy po coś przyszłam do namiotu komendy. Ale gdzie tu historia, gdzie opowieść? Pamięć podsuwa obrazy, my je łączymy w opowieści; opowiadamy nie to co pamiętamy, ale to jak pamiętamy.

 

To co zdecydowałam się w końcu zapisać jest na swój sposób bardzo korczakowskie, tak to dziś widzę. Wydarzyło się gdy miałam osiem lat. W nowej szkole, czyli Dwunastce, do której przeniosłam się po pierwszej klasie spędzonej w zupełnie innym miejscu, jakoś tak doszłam do wniosku, żeby może zobaczyć co to są te zuchy.  Pamiętam pierwszą zbiórkę, chyba w harcówce, pamiętam dwie koleżanki z klasy, które przyszły tam ze mną i druha Bohdana Radkowskiego. Dlaczego on? Nie pamiętam, może nie miał się kto nami zająć. Pamiętam natomiast jak rozmawialiśmy o lataniu na księżyc i astronautach. Fajnie było. Za każdym razem, gdy zaglądam do księgi III „Tytusa, Romka i A’Tomka” przypomina mi się ta zbiórka.  Z dzisiejszego punktu widzenia wiem, co było dla mnie ważne: dorosły człowiek, który nie wyśmiewał żadnych pytań, natomiast śmiał się razem z nami, słuchał tych pytań i odpowiadał, pewnie nawet czasem mówił, że czegoś nie wie. Przez godzinę bawiłyśmy się świetnie i może nawet przy okazji czegoś się nauczyłyśmy. Kiedyś doczytując z jakiegoś powodu Janusza Korczaka zanotowałam sobie cytat, że „dzieci nie są głupsze od dorosłych, tylko mają mniej doświadczenia”. I właśnie tak to było na tej mojej pierwszej zuchowej zbiórce.

 

Od kilku lat zdarza mi się uczyć – choć bez opowieści o rakietach kosmicznych – ludzi w bardzo różnym wieku, najstarsi miewają około dziewięćdziesiątki, najmłodsi – kilka lat. Kiedy zastanawiam się, dlaczego sobie z pewnymi rzeczami nie radzą, powtarzam sobie, że nowicjusze po prostu mają mniej doświadczenia. Bardzo lubię, kiedy mają pytania, bo to znaczy, że zastanawiają się nad tym, czego się uczą. Bo za każdym razem mam inną perspektywę. Bo zadają pytania za mnie. Bo to ja za każdym razem czegoś się od nich uczę. Bo cały czas dają mi w prezencie umysł początkującego. Myślę, że takie właśnie podejście miał Szef.

słów kilka pana Wojciecha Zimińskiego, dziennikarza, który był uczestnikiem kolonii zuchowej w roku (dawno,dawno temu ) w miejscowości Tokarnia koło Myślenic

Ja prawdę mówiąc nie miałem wielu kontaktów z panem Bogdanem Radkowskim, widywałem go przy okazji wizyt u ojca na Woronicza w telewizji – co zawsze bardzo lubiłem. Był po prostu sympatycznym facetem – tyle mogę powiedzieć po osobistych kontaktach. Wiem że zdolny reżyser, że harcerz, ale w czasie naszych kontaktów byłem zupełnym gówniarzem, więc nie mam wiele do opowiedzenia. Ojciec wypowiadał się o panu Bogdanie zawsze z uznaniem i dla jego fachowości i dla osobowości. Na obozie znalazłem się prawdę mówiąc „trochę na lewo” – w tym sensie, że nie byłem członkiem tego szczepu i tej drużyny. Byłem zuchem, ale mokotowskim, a ściślej „sadybskim”. Druh Radkowski był tak miły, że mnie dorzucił do składu i dzięki temu miałem świetne wakacje.

Ale pamiętam pewną anegdotę. Mój ojciec czyli Maciej Zimiński i Adam Kilian (wielki scenograf), ojciec mojego przyjaciela Jarosława,  współpracowali z druhem Radkowskim.  Znaliśmy (obaj z Jarkiem) anegdotę o nim jak kiedyś zaproponowano mu na rozgrzewkę (zimą? w górach?) herbatę. Pan Radkowski zobaczył, że dolewają do tej herbaty rum i bardzo zdecydowanie zaprotestował – „Tylko bez rumu!” Ja z Jarkiem przez całe liceum przy okazji herbaty zaznaczaliśmy – „Tylko bez rumu! Tylko bez rumu!”  Można by uznać, że to taka sobie zwykła anegdota, ale prawdę mówiąc pan Bogdan Radkowski był jedynym znanym mi człowiekiem, który najwyraźniej dotrzymał harcerskiego przyrzeczenia „nie spotykania się” z alkoholem. To sporo mówi, bo jakikolwiek mielibyśmy stosunek do trunków, to skłonność do dotrzymywania przyrzeczeń nie jest powszechna.

WSPOMNIENIE  (Jarosław Kilian, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Lalka ) 

Bogdana Radkowskiego znałem od dziecka. Był częstym gościem w domu moich rodziców
przy Chopina. Mieszkał też chyba blisko, na Powiślu.
Pan Bogdan współpracował z moim tatą – scenografem Adamem Kilianem wielokrotnie.
Przez wiele lat, w różnych teatrach i w telewizji realizowali wspólnie przedstawienia dla
dzieci. Obaj byli rówieśnikami, obaj formację duchową, obywatelską i patriotyczną wynieśli z
podobnych organizacji. Tato z Korpusu Kadetów, Bogdan Radkowski z harcerstwa.
Bogdan był harcerzem prawdziwym, z krwi i kości. Wszystko u niego było harcerskie.
Przychodził nawet rozmawiać o przedstawieniach, często w mundurze i w krótkich portkach.
Rytuał wizyt Bogdana Radkowskiego na Chopina był zawsze podobny. Mama Czesława, też
lalkarka zapraszała Gościa na obiad, albo kolację. A tato wyciągał butelkę wina. A Pan
Bogdan zawsze odmawiał: „Harcerz nie pali, nie pije, i kocha przyrodę…. ale pierogi zjem
chętnie”. Rozmowy o teatrze często przeciągały się do późna i zamieniały w inne, „długie
nocne, Polaków rozmowy”.
Bogdan Radkowski, miał piękną patriotyczną biografię. Był harcerzem działającym w
konspiracji, żołnierzem AK, wreszcie żołnierzem wyklętym, który w najtrudniejszym momencie
działał w antykomunistycznym podziemiu i zapłacił za to ciężkim więzieniem.
W szarych czasach PRL-u teatr lalek, jak dla wielu z Jego pokolenia stał się strefą ucieczki od
rzeczywistości, obszarem prawdziwej wolności, azylem, miejscem formowania dusz
wrażliwych, w którym z najmłodszymi widzami można dzielić się prawdą i pięknem.
Bogdan Radkowski był znakomitym reżyserem, który w sztuce teatru widział ważną misję
społeczną.
Był też znawcą tradycji lalkarskich. Jego z pietyzmem wyreżyserowana Szopka krakowska
będąca próbą ożywienia prastarych polskich obyczajów okazała się przedstawieniem, które
co roku na nowo zachwyca dzieci, rodziców, dziadków.
Szopka krakowska, którą Bogdan Radkowski zrealizował ze scenografią i lalkami Adama
Kiliana w 1979 roku w Teatrze Lalka pozostaje najdłużej granym przedstawieniem w historii
scen teatralnych w Polsce. Obydwaj Panowie u Św. Piotra, a Szopka od ponad 40 lat cieszy i
wzrusza kolejne pokolenia widzów. Rzadkie to zjawisko w teatrze…
Jarosław Kilian
Wędrownik, harcerz
Drużyny Płomień
23 WDH „Pomarańczarnia”
Dr hab. Profesor ATm

SZEFOWA  (Joanna Dąbrowska-Maślanek, przewodnik,  mistrzyni pióra) 

Szefowa – skojarzeń mnóstwo, ale jakże ulotnych i trudnych do opisania… Ciepło, życzliwość, szczery i życzliwy uśmiech… Jak to ubrać w słowa?

Tak się złożyło, że Szefowa nie uczyła mojej klasy w  „Dwunastce”, więc nie mam pojęcia, jaką była jako nauczycielka. Znam ją tylko po linii harcerskiej. Najstarsze wspomnienia, to związane z rajdami Powsinóg Opolskich – z lat 70-tych pamiętam z apeli na sali gimnastycznej piosenki, przywiezione z Opola przez grupy rajdowiczów pod przewodnictwem Szefowej. Nie wiem, czy wówczas z nimi jeździła, ale w szkole na pewno im patronowała.

A później to już obozy, na których zawsze miałam wrażenie, że Szefowa – nigdy „na świeczniku”, właściwie zawsze w cieniu Męża – była takim dobrym duchem, wnoszącym we wszystkie obozowe relacje ciepło i serdeczność. Choć jednocześnie nie miało to nic wspólnego z taryfą ulgową. Oboje Szefostwo zawsze wymagali przede wszystkim od siebie – dając imponujący przykład – ale i od innych. Na którymś z obozów Szefowa była opiekunką moich starań o plakietkę Szczepu. Nie było łatwo… Wydawało mi się, że to szybko pójdzie: jakoś zaliczę i z głowy. A tu nic z tego. Z żelazną konsekwencją Szefowa odsyłała mnie z kolejnymi „niedouczkami”, aż faktycznie całą wymaganą wiedzę miałam w małym palcu. Ale Jej tajemnicą było, jak to robiła, że przy takich okazjach nikt nie protestował, nie czuł się pokrzywdzony, tylko stawał na głowie, żeby jednak sprostać wymaganiom. A nagrodą było „tylko” uznanie Szefowej… Miało ono swoją wagę!

Wydaje mi się jednak, że największą zasługą Szefowej – przynajmniej od lat 80-tych, bo wcześniejszych nie pamiętam – to właśnie ciepło i pozytywny stosunek do wszystkich ludzi, które wnosiła w każdą sytuację, w jakiej się znalazła. Jednocześnie zawsze mi się wydawało, że jej zasługi nie były dostatecznie doceniane – nikły wobec bardziej spektakularnych i widocznych działań Szefa.

Ale chyba wszyscy, którzy mieli okazję się z nią zetknąć, taką ją właśnie pamiętają – jakby pół kroku za Mężem, zawsze uśmiechniętą, serdeczną i życzliwą. Takiego Dobrego Ducha, który roztaczał pozytywną aurę wokół siebie. Przynajmniej w mojej pamięci taka pozostanie…

Inka Dąbrowska pwd

BOHDAN  (Roman Holc, harcmistrz, aktor Teatru Lalka) 

Gdy myślę o Nim, widzę takie obrazki:

  1. Dawno, dawno temu, w odległej… przeszłości spotykamy się, jako instruktorzy Hufca ZHP Warszawa Śródmieście. Druh Bohdan jest już znanym Instruktorem, członkiem Rady Hufca, a poza tym oczywiście znanym i cenionym Reżyserem Teatralnym (np. w Lalce) i Telewizyjnym (jest reżyserem „Jacka i Agatki” z lalkami Adama Kiliana, programu u samego początku TVP; reżyseruje „Piątek z Pankracym”). Czasem spotykamy się  przy okazji dużych imprez kulturalnych Hufca i Chorągwi, rozmawiamy. Mimo różnicy pozycji i wieku proponuje, bym zwracał się  do Niego po imieniu. Taki zaszczyt!!!                                
  2. Potem jeszcze wiele razy w naszych relacjach będzie mi towarzyszyć poczucie, że spotyka mnie zaszczyt. Tym bardziej, że druh Bohdan czasem opowiada o latach powojennych, gdy jako żołnierz Armii Krajowej był więziony w Rawiczu. Poznaję Go więc jako Bohatera. Znajomość z takim Bohaterem to zaszczyt dla urodzonego po wojnie.                                                                                                                   
  3. Któregoś dnia, jeszcze  w czasach instruktorskich, mówię Mu, że gdy mam jakieś wahania moralne albo nie wiem, jak ocenić jakiś fakt, postępowanie swoje czy innych, używam własnej metody. Pytam sam siebie: „A CO BY POWIEDZIAŁ NA TO BOHDAN?”. A Druh Bohdan w odpowiedzi śmieje się. Ale ta metoda przeważnie mi się sprawdza. I jestem pewien, że poznałem prawdziwy Autorytet.

  4. Jest rok 1987… Zostaję aktorem warszawskiego Teatru Lalka. I dowiaduję się, że na Gwiazdkę 1988 wznowimy po długiej przerwie „Szopkę Krakowską”, której premiera odbyła się tu w grudniu 1978. I ja jestem w obsadzie! Cieszę się bardzo, bo przecież wiem, że zaproszono ponownie Reżysera – Bohdana Radkowskiego. I puchnę z dumy, gdy Reżyser powierza mi oprócz roli także funkcję asystenta. Taki zaszczyt! „Szopka Krakowska” ze scenografią Adama Kiliana i muzyką Jerzego Dobrzańskiego ma premierę w naszej odnowionej 16-osobowej obsadzie 16 grudnia 1988 na scenie Lalki. Aktorzy w krakowskich barwnych kostiumach, kilkadziesiąt lalek, tańce ludowe, scenki komiczne…! 
    Zawrót głowy! I gramy ją w sezonie Świątecznym do dziś, niezależnie od zmian Dyrekcji. 
  5. Co roku tak samo – nie ma wiele czasu na wznowienie, jednocześnie przypominamy sobie układy tańców Pani Hani Kosiewicz, szlifujemy śpiewanie z Maritą Książkiewicz. A całość obserwuje, prowadzi i poprawia – Reżyser. Jego uwagi są przyjmowane i zapamiętywane z pokorą i szacunkiem. Zwykle bywa, że dla wygody Zespół i Reżyser przechodzą na „ty”. W historii Szopki jakoś to się nie zdarzyło. Zespół nie chciał… i nie śmiał! Wszyscy mówili: „Panie Bohdanie kochany”! A Reżyser rozmawiał ze wszystkimi po przyjacielsku, zawsze z życzliwością i humorem. (A powiadam Wam, różnie się zdarza…) W przerwach przy herbacie opowiadał swe przeżycia, teatralne, telewizyjne, osobiste. No i Szopkowe! Przecież sam jako chłopak chodził z Szopką! „Dotykaliśmy” więc oryginału! Słuchaliśmy z „otwartymi uszami”, jak… gawędy przy ognisku. Pewnie dzięki temu świadectwu Zespół ma Szopkę w pamięci i… w sercu, więc  po jednej próbie… zagramy! 
    Reżyser bywał na spektaklach, doradzał, Jego uwagi i korekty kierowane do aktorów, czy pracowników technicznych spotykały się z serdeczną odpowiedzią: „Dla Pana Bohdana? Zrobimy!” Słuchałem uwag (i wspomnień) jeszcze w drodze powrotnej z Teatru. To był czas Świąt…
  6. Gdy piszę te słowa, szaleje koronawirus, jest kwiecień 2020. A my do 10 stycznia graliśmy Jego.. i naszą Szopkę. Także zawsze w Święta Bożego Narodzenia, 26 grudnia o godzinie 12, bo Zespół uznał, że to będzie „taka, nowa, świecka tradycja”, spotkanie z Widzami w najpiękniejsze Święto. A nasi Widzowie chyba przyjęli tę tradycję. Te same Rodziny rezerwują co roku bilety właśnie na ten dzień! Kiedyś jako dzieci, potem z własnymi dziećmi, potem z wnukami. By podtrzymać tradycję, zaśpiewać z nami kolędy… Reżyser zwykle wtedy był z nami. Przysiadał na widowni z tyłu, przy kolumnie. Przy oklaskach i bisach mieliśmy…(właśnie) „zaszczyt”… przedstawiać Go młodym widzom. Gdy zdrowie szwankowało, próbowaliśmy obustronnej teletransmisji próby wznowieniowej z Lalki na Powiśle. A skoro technika nie sprostała zadaniu, oglądał w domu DVD z aktualnego spektaklu, notował i przekazywał spostrzeżenia. Odręczne uwagi przechowuję w moim egzemplarzu Szopki. Mam wszystkie wersje spektaklu, skróty, obsady, partytury, recenzje, teksty źródłowe… To jak Biblia. Wszak Szopkę gramy 39 lat!!! I to dla nas dużo więcej, niż „spektakl”. A Reżyser ciągle jest z nami – ten chłopak, co „chodził z szopką”. Patrzy ze wspólnych zdjęć Zespołu. Rok po roku. Wszyscy roześmiani, barwne stroje, Szopka. I Gwiazda nad nami. I przeżyta wspólnie radość Świąt na scenie.        

A miejsce na widowni zostało puste, Druhu Bohdanie. No i co Ty na to?

Roman Holc

 

NASZE PIERWSZE LATA…  (historia spisana przez byłego członka Szczepu, Stanisława Radkowskiego, harcmistrza, na 50 urodziny Szczepu Rodło)

Staliśmy w szeregu z zagiętymi skrzydłami na górnym korytarzu Szkoły Podstawowej nr 12 im. Powstańców Śląskich w Warszawie na uroczystym apelu. Niewiele szczegółów z tego wydarzenia zapamiętałem, ale w pamięci została mi duma, jaką wtedy czułem: Jak nas dużo! Pięć drużyn! Zuchowe: 88 WDZ/I Przyjaciół całego świata, 88 WDZ/II Słoneczna gromada, 88 WDZ/III Zuchy Króla Maciusia i harcerskie: dziewcząt – 88 WDH-ek im. Hanki Bińkowskiej i chłopców – 88 WDH-y im. Stanisława Skarżyńskiego. Właśnie przed chwilą odczytano rozkaz L.5/66-67 Komendy Hufca ZHP Warszawa Śródmieście z dnia 31 stycznia 1967, w którym na wniosek Komendy Ośrodka IV zatwierdzono „Szczep 88 WDHiZ przy Szkole Podstawowej nr 12” i mianowano „Szczepowym 88 WDHiZ – hm[i]. Bogdana[ii] Radkowskiego”.

A teraz … stuknęła nam pięćdziesiątka.

Trzeba przypomnieć jak doszło do powstania Szczepu. Na wstępie trochę zamierzchłej historii.
Podobno na początku był mityczny kapitan Lew (czy to imię, czy nazwisko?), miłośnik lotnictwa. Założył przy Szkole Podstawowej nr 12 w Warszawie drużynę męską noszącą imię pilota Stanisława Skarżyńskiego, który w 1933 pokonał Atlantyk i stracił życie, wracając z akcji nad Niemcami w 1942.
Tu zaczynają się kolejne „podobno”. Męska drużyna o numerze 88, podobno lotnicza, musiała – choćby ze względu na nadany numer – powstać przed wojną. Nie mogła mieć zatem żyjącego patrona (taki zwyczaj). Podobno działała przy Aeroklubie Warszawskim. Powinna zatem zrzeszać raczej młodzież starszą. Siedzibę miała, podobno, przy ul. Śmiałej 5A – to Żoliborz. Aeroklub działał na Polu Mokotowskim, a lokal klubowy miał na ul. Lwowskiej, potem na Polu Mokotowskim, a wreszcie w al. Niepodległości. Szkoła Powszechna nr 12 działała przy ulicy Szymanowskiego na terenie Parku Traugutta (Stare Miasto). Nic tu się niestety nie zgadza. A co wiemy na pewno? Wiemy, że w latach 30. powstała i działała na Żoliborzu 88 Warszawska Lotnicza Drużyna Harcerzy.
Co wiemy o okresie powojennym? We wrześniu 1946 na terenie dawnego Szpitala Ujazdowskiego zorganizowano w budynku nr 8 komplety dla dzieci pracowników Biura Odbudowy Stolicy, mieszkających na Górnym Ujazdowie[iii]We wrześniu 1948 Inspektorat Oświaty m.st. Warszawy oficjalnie powołał samodzielną Szkołę Podstawową nr 12[iv]Nie wiemy nic o harcerstwie przy Szkole Podstawowej nr 12 zaraz po wojnie. Jednak oficjalne powstanie Szkoły niemal zbiegło się z likwidacją w 1949 struktur ZHP i utworzeniem działającej w latach 1950–1956 Organizacji Harcerskiej Związku Młodzieży Polskiej. Podobno (znowu!) w okresie, kiedy Szkoła funkcjonowała w budynkach dawnego Szpitala Ujazdowskiego, działała tam żeńska drużyna wodniacka. Natomiast udokumentowanym faktem jest, że w styczniu 1958 Komenda Chorągwi Warszawskiej powołała Hufiec Warszawa Agrykola, w którego skład wchodziły m.in. 88 WDH-ek im. Cypriana Godebskiego (drużynowa Urszula Fabisiak) i 88 WDH-y im. Cypriana Godebskiego (drużynowy Andrzej Wójciak); i żeńska, i męska drużyna nosiły to samo imię[v]. We wrześniu 1958 Szkoła Podstawowa nr 12 została czasowo przeniesiona do jednego skrzydła budynku II Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Batorego. Nic nie wiadomo o działalności drużyn harcerskich w tym czasie – ja rozpocząłem naukę we wrześniu 1959 i nie kojarzę żadnych harcerzy w szkole w okresie funkcjonowania Dwunastki w Batorym. Na początku 1961 Hufiec Agrykola zlikwidowano, a wchodzące w jego skład środowiska włączono do Hufca Warszawa Śródmieście. We wrześniu 1963, w dniu rozpoczęcia nowego roku szkolnego, odbyła się uroczystość otwarcia nowego budynku przy ulicy Górnośląskiej 45, będącego do dziś siedzibą Szkoły, i nadania Szkole Podstawowej nr 12 imienia Powstańców Śląskich.
W roku szkolnym 1963/64 działalność rozpoczęła – jako drużyna próbna – 88 WDH-y im. Stanisława Skarżyńskiego prowadzona przez Jerzego Kleina, w kolejnym roku szkolnym drużynowym był pwd.[vi] Maciej Bylica, drużynową 88 WDH-ek – druhna Anna Filipowicz, a koedukacyjną drużynę zuchową prowadziła druhna Anna Zwierzchowska.
W roku szkolnym 1965/66 drużynę chłopców objął druh Witold Kwiatkowski, świeżo upieczony absolwent Dwunastki. Na początku 1966 powstały dwie nowe drużyny zuchowe (słowo „gromada” było chyba zakazane, a na pewno nieużywane)[vii]: chłopców – Zuchy Króla Maciusia I Reformatora, którą założyłem ja i dziewcząt – Słoneczna Gromada, założona przez moją siostrę, druhnę Bożenę Radkowską. W skład drużyn weszli uczniowie ówczesnych klas I a i I b, m.in.: Anita Sadowska, Blanka Ufnal, Ania Zatorska, Ola Żurawska, Krzyś Pietruczak (Pikut), Waldek Rybitwa (Ryba), Michał Wolski (Jogi), Zenek Juszkiewicz (Pączek), Waldek Karwowski (Puzon).
Na początku roku szkolnego 1966/67, wobec rezygnacji poprzedniej drużynowej, druh Bohdan Radkowski objął koedukacyjną drużynę zuchów Przyjaciół całego świata, a druhna Barbara Malanowska drużynę harcerek. Opiekunami harcerstwa z ramienia Szkoły zostali: drużyn zuchowych – wychowawczyni klasy II a pani Alina Radkowska (w stopniu harcmistrzyni – na urlopie instruktorskim), drużyn harcerskich – wychowawca klasy VII c pan Jacek Puchnowski (w stopniu podharcmistrza – na urlopie instruktorskim). Aktywni rodzice (m.in. pani Gołębiowska i pan Napiórkowski) rozkręcali działalność Koła Przyjaciół Harcerstwa. Druh Radkowski już wcześniej zorientował się, że każda drużyna działa „sobie”, że w drużynach harcerskich generalnie niewiele się dzieje,  a standardowe odpowiedzi na pytanie „Co robiliście na zbiórce zastępu?”, brzmiały: „organizowaliśmy się”, „ustalałyśmy plan pracy”, „omawialiśmy, co będziemy robić”. Wszystko wskazuje na to, że druhna i druh Radkowscy właśnie wtedy podjęli decyzję o doprowadzeniu w roku szkolnym 1966/67 do powstania szczepu harcerskiego, który scementowałby wszystkie jednostki działające na terenie Szkoły. Tyle drużyn – i brak współdziałania! Były wprawdzie akcje ogólnozwiązkowe, chorągwiane i hufcowe, w których drużyny brały udział, ale nie było żadnej współpracy między nimi. Roczny plan pracy drużyny każdy drużynowy przygotowywał we własnym zakresie.
Ale to podczas zimowiska „Puszcza” w Kaliszkach w Puszczy Kampinoskiej (27 XII 1966 – 4 I 1967) krystalizował się pomysł na mające nastąpić zmiany, chociaż w opisowej ocenie zimowiska nie ma o tym ani słowa. Jednak założenia programowo-wychowawcze zimowiska odnosiły się zarówno do wspomnianych mankamentów w działaniu drużyn, jak też  i wartości, które można odnaleźć w całej późniejszej działalności Szczepu (pojęcie służby, patriotyzm „na dziś”, pielęgnowanie tradycji i poszanowanie historii).
Warto przytoczyć fragmenty wspomnianej oceny (w opracowaniu druhny Aliny Radkowskiej): […] Dobór uczestników był dość przypadkowy, poziom wyrobienia harcerskiego, mimo posiadanych stopni, dość niski. Program zimowiska zakładał jako rzecz pierwszoplanową wprowadzenie Prawa Harcerskiego „na co dzień”, zżycie zespołu i rozbudowanie odpowiedzialności za to, co dzieje się w drużynach. Ponadto zimowisko miało dać zastępowym materiał oraz pewne umiejętności do prowadzenia zajęć zastępów. […] Cykl kominków, których tematem była „sylwetka” harcerza, dalej Prawo Harcerskie jako norma postępowania, w końcu ocena własnej pracy i postawy na zimowisku, dał okazję do szczerych wypowiedzi i zrozumienia sensu Prawa Harcerskiego. Wprowadzenie Prawa do obrzędowego Przyrzeczenia przy leśnej choince było okazją do wydobycia jego emocjonalnych wartości. […] W najważniejszą akcję – noworoczną zabawę dla dzieci [miejscowych] – wszyscy włożyli ogromnie dużo pracy i zapału. Rzeczą cenną było to, że każdy uczestnik zimowiska miał swój udział zarówno w przygotowaniu, jak i przeprowadzeniu samej imprezy.[…]

Wtedy też, podczas zimowiska w Kaliszkach, miało miejsce prawdopodobnie pierwsze samodzielne 88-ych Przyrzeczenie Harcerskie – druh Marek Kupiszewski wspomina zagubioną w lesie piękną choinkę, do której trzeba było dojść samotnie i to pomimo trzaskającego mrozu.
* * *
No i właśnie… odbyła się uroczysta pierwsza zbiórka Szczepu i wróciliśmy do codziennych zajęć. 6 marca 1967 komendant Szczepu meldował do Hufca rozpoczęcie przez drużyny cyklu chorągwianego „Twój dom, numer, ulica”, podczas którego poznawaliśmy szczegółowo teren przydzielony Szczepowi. Robiono szkice i zdjęcia, opisywano domy, sklepy itd. i ich historię. Przeprowadzano wywiady z ciekawymi ludźmi (np. z architektem
z byłego Biura Odbudowy Stolicy na temat „Wczoraj, dziś i jutro Górnego Ujazdowa”), przeglądano stare czasopisma i inne materiały. Oprócz działań zastępów realizowane były także zadania całych drużyn. Poza opracowaniem materiałów w formie albumów, które zostały przekazane do Hufca, na zakończenie akcji przeprowadzono gry terenowe w oparciu  o zdobyte wiadomości o terenie – dla drużyn harcerskich i dla drużyn zuchowych. Ta akcja, podobnie jak wiosenne wycieczki Szczepu służyła m.in. konsolidacji wewnątrz drużyn jak i zacieśnieniu współdziałania między nimi.
* * *
Ukoronowaniem roku harcerskiego miały być pierwszy samodzielny obóz Szczepu i kolonia zuchowa.
Wybór padł na Roztocze na Zamojszczyźnie. Nadleśnictwo wyraziło zgodę na rozbicie obozu na terenie Uroczyska Stoki, a nawet dało pozwolenie na palenie ogniska. Kolonię zuchową ulokowano w szkole w Guciowie niedaleko Zwierzyńca. Warto podkreślić czas trwania obozu – od 26 czerwca do 30 lipca. 35 dni! Przeciętnie obozy trwały 21–23 dni. Schowani w lesie nad wąsko w tym miejscu płynącym Wieprzem mogliśmy rozkoszować się ciszą, wspaniałym drzewostanem i czystą (strasznie zimną) wodą; na terenie obozu naliczyliśmy 21 małych źródełek zasilających rzekę.Ale wcześniej zbudowaliśmy bazę partyzancką „Puszcza”. Zastępy przekształciły się w plutony, a harcerki i harcerze obrali pseudonimy. Naszą kadrą obozową byli: hm. Bohdan Radkowski – komendant obozu i podobozu męskiego, hm. Alina Radkowska – komendantka podobozu żeńskiego, druhna Barbara Malanowska – oboźna, druh Witold Kwiatkowski – oboźny, pwd. Tadeusz Urban – kwatermistrz. Byliśmy zorganizowani w siedem plutonów: trzy – dziewcząt i cztery – chłopców. Plutony rywalizowały ze sobą; wyniki w kilku punktowanych dziedzinach przekładały się na ich miejsce w obozowym współzawodnictwie. Proporczyki plutonów, każdy w innym kolorze podwieszano poniżej wciąganej na maszt flagi w kolejności zgodnej z aktualną punktacją.

 Ze wspomnień:
Wreszcie! Nasz pluton jest na drugim miejscu w punktacji.
Prowadzi „jedynka”. My im jeszcze pokażemy!

Przy tzw. pionierce obozowej nie obyło się bez problemów i narzekań. „Zaczęliśmy robić namiot dla komendy. Cholerna kobyła! Zupełnie nowy typ [namiotu] i w żaden sposób nie mogliśmy sobie z nim poradzić”. „Kazali robić kuchnię i latrynę. To już mój czwarty obóz, a zawsze muszę przy tym robić”. „To bukowe drewno w ogóle nie chce ‘przyjmować’ gwoździ”. Glina na kuchnię nie chciała trzymać itd.

    Cytat z wypowiedzi obozowych:
    „Idę, idę, tylko mi się w mordę but rozwiązał” 
usprawiedliwienie Pikusia[viii] spóźniającego się na wszystkie zbiórki

Kolonię zuchową prowadziła pwd. Irena Piasecka, mając do pomocy druhny pwd. Annę Samojlik i Małgorzatę Patzer. Drużynowi i przyboczni drużyn zuchowych mieszkający na stałe w obozie dochodzili na zajęcia z zuchami do Guciowa, zmieniając się co tydzień, w czasie którego realizowano cykl sprawnościowy. Do Guciowa chodziły także na zmianę plutony mające dyżur w dziecińcu zorganizowanym dla miejscowych dzieci.

      Ze wspomnień:
      Właściwie nie ma mnie w obozie. U zuchów jest kapitalnie. Świetnie się
bawią. My z nimi. Uczyli mnie przecież na kursie, że pierwszym Głównym
Zadaniem Drużynowego Zuchów jest „Uczyć się bawić z zuchami”.
Uczę się i chyba to umiem.

Poza typowym życiem obozowym – zdobywaniem sprawności, grami terenowymi, biegiem patrolowym, służbą w kuchni, wartami itd. dużo działo się „poza” obozem. Byliśmy na wycieczce w Zamościu, wówczas „świeżo odkrytym” przez prof. Wiktora Zina i równie nowoodkrytym Chełmie. Zwiedzaliśmy tzw. „osiągnięcia” PRL-u – cukrownię w Klemensowie czy fabrykę margaryny w Bodaczowie. Od charakterystycznego zapachu długo nie mogliśmy się uwolnić… Przy drodze rosły dorodne jabłonie i z przyjemnością zajadaliśmy się słodkimi kosztelami. Zahaczyliśmy o najbardziej polskie z nazwy miasto – Szczebrzeszyn. Odwiedziliśmy też fabrykę mebli giętych w Zwierzyńcu. Odbyły się wycieczki przez rezerwaty Roztocza, do Józefowa i Puszczy Solskiej.
Były na obozie lepsze i gorsze chwile. Zdarzyły się „kocówy”. Ostatni raz, bo nauczyliśmy się, że nieporozumienia można załatwiać inaczej. Wspaniale ozdobione pałki bukowe z gałęzi, które wszyscy wycinali i przypinali do pasa, a które służyły do „różnych” celów, a także świerkowe „buzdygany”, zostały uroczyście spalone. „Zwalczaliśmy” między sobą używanie słów powszechnie uważanych za obraźliwe, wymyślając przy tym często eufemizmy, które weszły do obozowego słownika. Nauczyliśmy się dostosowywać tempo marszu do słabszych. Zajęcia w dziecińcu okazały się frajdą, a nie przykrym obowiązkiem, a przygotowania do „Wesołego festynu”, w które włożyliśmy wiele wysiłku, dały w efekcie dużo dobrej zabawy chwalonej przez mieszkańców wsi.
Tworzyliśmy szczepową obrzędowość i zwyczaje: zdobnictwo obozowe, odprowadzanie flagi na maszt, sposób przygotowania ogniska, jego rozpoczęcie i zakończenie, powitanie i pożegnanie dnia… Indywidualną   nagrodą stało się wyznaczenie do wciągnięcia lub ściągnięcia flagi, rozpalenia ogniska czy też mianowanie strażnikiem ognia.

     Ze wspomnień
     Obóz i kolonia wyjechały rano. Została grupa kwatermistrzowska.
Sprzątanie i maskowanie terenu dawało tyleż powodu do dumy, co i do
goryczy. Wieczorem ostatnie ognisko obozowe, już tylko dla kwaterki,
i strasznie fajna kameralna „noc szczerości”. Grupa kwatermistrzowska
to jednak zgrana paka, ale cośmy się o sobie od siebie nasłuchali… Ale nikt
nie miał pretensji, wszystko było jasne. Tak powinno być.
 […]
     Przed Szkołą jesteśmy koło 22. Rozładowujemy sprzęt z ciężarówki i do |
domu.
Właściwie szkoda…

* * *
Działania Szczepu w drugim roku jego działalności ogniskowały się wokół pomysłu zdobycia patrona.
Braliśmy, oczywiście, aktywny udział w akcjach ogólnozwiązkowych, chorągwianych i hufcowych, harcerki i harcerze działali w ramach młodzieżowej służby ruchu, obsługując m.in. prowadzące do Szkoły niebezpieczne przejście przez ulicę Górnośląską (świateł wówczas nie było). W zimie odbyło się kolejne szczepowe zimowisko w Św. Katarzynie koło Kielc. Warto też wspomnieć – bo to pierwsi „nasi” funkcyjni, którzy wychowali się w Szczepie – że dwóch harcerzy (pełniących funkcję drużynowego i przybocznego jednej z drużyn zuchowych) zostało zakwalifikowanych na hufcowy kurs drużynowych na zimowisku
w Cieplicach. Trzeba przyznać, że ich udział w kursie był udany: jeden (Ryszard Karolak) wrócił z patentem drużynowego, a drugi (czyli ja) dodatkowo z otwartą próbą na stopień przewodnika.
Wróćmy jednak do patrona. Z patronem-osobą bywają często kłopoty – w którymś momencie może okazać się dla kogoś niewygodny. Punkt wyjścia był zatem prosty: Szkoła, przy której Szczep funkcjonował, miała patrona zbiorowego – powstańców śląskich – i w tym kierunku poszły poszukiwania patrona Szczepu. Dość szybko uznano jednak, że niekoniecznie musimy być „czyjegoś imienia”, że czymś ciekawszym, dającym więcej możliwości programowych i wychowawczych będzie symbol. Podjęto zatem starania, by zaprojektować kampanię na rzecz zdobycia przez Szczep godła.
Dla uczniów Szkoły im. Powstańców Śląskich wiedza o walkach o polskość Śląska, śląskich tradycjach, piosenkach, gwarze śląskiej była czymś oczywistym. Naturalny więc dla szczepu był wybór nazwy i symbolu Rodło, godła Związku Polaków w Niemczech, ukazującego stylizowany bieg Wisły z zaznaczonym Krakowem.
Jak mówiła druhna Alina Radkowska w jednym z wywiadów: Dzieje walki o polskość na ziemiach północno-zachodnich wydały się nam sprawą nośną, tematem mało wyeksploatowanym i mogącym wciągnąć młodzież. Szacunek dla tradycji i zrozumienie, że żyjemy w pewnym ciągu historycznym, ma duże znaczenie wychowawcze.
Celem postawionym przed wszystkimi drużynami stał się udział  w  uzyskaniu przez Szczep godła Rodło. Rodło wiązało się znakomicie z obrzędowością Szkoły, nawiązującą do Śląska i powstań śląskich, ale funkcjonowanie tego godła miało wymiar szerszy, bo obejmowało idee i działalność całego Związku Polaków w Niemczech, zarówno na ziemiach, które po II wojnie wróciły do Polski, jak i tych, które pozostały w granicach powojennych Niemiec:

Dzielnica I Górny Śląsk (siedziba w Opolu),
Dzielnica II Berlin i Środkowe Niemcy z Brandenburgią, Saksonią, Hamburgiem, Dolnym Śląskiem, Pomorzem i Marchią Graniczną Poznań-Prusy Zachodnie (siedziba w Berlinie)
Dzielnica III Westfalia i Nadrenia  z Westfalią, Nadrenią, Badenią i Palatynatem (siedziba w Bochum)
Dzielnica IV Prusy Wschodnie  z Warmią, Mazurami i Powiślem (siedziba
w Olsztynie)
Dzielnica V Pogranicze z Kaszubami i ziemią złotowską (siedziba
w Złotowie).

Obóz nad jeziorem Srebrnym koło Turawy w lipcu 1968 w większej części poświęcony był przygotowaniom do nadania Szczepowi godła. W ramach cyklu „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród” poznawaliśmy okolice i mieszkających tam Ślązaków (autochtonów – ale to niezbyt ładnie brzmiące słowo), szukaliśmy historycznych śladów polskości w Opolu, spotykaliśmy się z byłymi działaczami Związku Polaków w Niemczech: dyrektorem artystycznym Opolskiego Teatru Lalki i Aktora Alojzym Smolką, byłym naczelnikiem Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech, Józefem Kachlem, odkrywaliśmy i poznawaliśmy życie słowiańskich plemion śląskich. Cykl „Słupy Chrobrego”, wizyty w Muzeum w Opolu przybliżały nam historię Śląska piastowskiego, poznawaliśmy życie i działalność wielkich Ślązaków (Karola Miarki, Józefa Lompy, Wojciecha Korfantego, Arki Bożka i innych), rozmawialiśmy o złożonej polsko-niemieckiej historii Śląska Opolskiego, zaznajamiając się z polskimi i niemieckim nazwami miejscowości (Opole – Oppeln, Ozimek – Malapane, Kotórz Wielki – Groß KottorzRzędzów – Friedrichsfelde, Czarnowąsy – Klosterbrück itd.)
I prowadziliśmy trudne rozmowy o końcowym okresie II wojny światowej na tych terenach i o tym, dlaczego na miejscowych cmentarzach znajdziemy np. Hedwig Koschick, a nie Jadwigę Koszyk. Odbyły się też gry terenowe – na temat powstań śląskich i forsowania Nysy.
Najważniejszym natomiast punktem cyklu „Pod znakiem Rodła” była wycieczka na Górę Świętej Anny i uroczystości związane z nadaniem Szczepowi godła.
Staraliśmy się godnie do nich przygotować. Przetrenowaliśmy kilkakrotnie scenariusz uroczystości, nauczyliśmy się, że Rodło to najstarszy symbol Polonii na terenie Niemiec, które nie będąc ani herbem, ani godłem, jest znakiem łączności z całym narodem, że kształt Rodła to stylizowany bieg Wisły z zaznaczonym stołecznym królewskim miastem Krakowem jako kolebką polskiej kultury i symbolem trwania oraz ciągłości Państwa Polskiego. Poznaliśmy 5 prawd Polaka uchwalonych podczas I Kongresu Polaków w Niemczech w Berlinie, 6 marca 1938:

1. Jesteśmy Polakami
2. Wiara Ojców naszych jest wiarą naszych dzieci
3. Polak Polakowi bratem
4. Co dzień Polak Narodowi służy
5. Polska Matką naszą – nie wolno mówić o Matce źle

Czwarta prawda stała się z czasem zawołaniem Szczepu (Rodło, czuwaj! – Co dzień Polak Narodowi służy!).
Tu trzeba zauważyć, a stwierdzam to z pełną odpowiedzialnością, że 5 prawd Polaka znakomicie uzupełnia nie tylko Prawo Harcerskie, ale także Dekalog.

Zdobywaliśmy chustę Szczepu – biało-czerwoną z plakietką na wzór odznaki młodzieży polskiej w Niemczech: z Rodłem na czerwonym tle z lewej strony i czerwonym (zamiast zielonego) liściem lipy na białym tle – z prawej. Ważne było, że chustę Szczepu należało zdobyć, wykazując się m.in. znajomością historii Związku Polaków w Niemczech. Chust (a później i plakietek Szczepu), stopni i krzyży w naszym Szczepie nie „rozdawano”. Trzeba było je zdobyć – zasłużyć na nie.

       Ze wspomnień:
       Druhna odpytywana ze znajomości historii Związku Polaków
w Niemczech:
        – Kto był pierwszym prezesem Związku?
        – Stanisław hrabia Sierakowski.
        – Kto był patronem Związku?
Druhna, per analogiam, wyrecytowała:
        – Bolesław ksiądz Domański.

Scenografia dla uroczystości na Górze Świętej Anny była wymarzona: zachodzące słońce (a potem mrok wieczorny), górujący nad amfiteatrem Pomnik Czynu Powstańczego, obecność byłych działaczy Związku Polaków w Niemczech, towarzyszące słowom echo, płonące pochodnie…
Komendant podał komendę: „Do hymnu!” i zaintonował „I nie ustaniem…” Starsi panowie ze Związku Polaków w Niemczech wyprężyli się jak struny i z niekłamanym wzruszeniem podjęli „…we walce…” i …było to zupełnie inaczej, niż uczyliśmy się przez dwa tygodnie obozu. Okazało się, że nuty nieco „sobie”, a faktyczne wykonanie hasła – sobie…
Druh Paweł Kwoczek (były przewodniczący Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech) odczytał oficjalny akt nadania Szczepowi godła i duża grupa harcerek i harcerzy (m.in. Hanna Bajan, Mirosława Krysiukiewicz, Michał Rudowski, Kazimierz Radkowski, Igor Śnieciński, Maciej Pieńkowski[ix]) złożyła Przyrzeczenie Harcerskie na oryginalny sztandar ZHPwN.

Od tego momentu byliśmy oficjalnie Szczepem 88 WDHiZ „Rodło”.

Stanisław Radkowski, Warszawa 2017

[i] Harcmistrz, najwyższy wówczas stopień instruktorski                                                                                                                                                                                            [ii] Hm. Radkowski używał imienia Bohdan; w rozkazie błędnie podano imię Bogdan                                                                                                                                           [iii ) http://sp12w.edu.pl/o-szkole/historia-szkoly                                                                                                                                                                                                   {iv]Jw.                                                                                                                                                                                                                                                                                   [v] https://pl.wikipedia.org/wiki/Wykaz_historyczny_warszawskich_dru%C5%BCyn_harcerskich#Numery_51-100;   Biuletyn Historyczny Chorągwi Stołecznej ZHP, Warszawa 2006                                                                                                                                                                                                                                                                 [vi] Przewodnik, stopień instruktorski, wówczas najniższy                                                                                                                                                                                       [vii] Określenie gromada, funkcjonujące przed wojną, przywrócono w ZHP na Zjeździe w 1990 roku                                                                                                               [viii] Leszek Kujawski, w Szczepie od początku                                                                                                                                                                                                           [ix] Wszyscy w Szczepie od początku

A może i Ty chciałbyś podzielić się swoimi wspomnieniami - zapraszamy

Dumny Poczet : Szewcu, Latos , Kryśka 1986

KONTAKT

 dh. Julianna Rutkowska  phm. HR Komendantka Szczepu,  jrutkowska@sh.org.pl                                                                                                                                     dh. Anna Mieczyńska-Jerominek hm. , amieczynska@sh.org.pl                                                                                                                                                                     dh. Wojciech Kaczmarek hm. , wojciechkaczmarek@gazeta.pl